Stadko Patricka Tresseta składa się z pięciu maszyn. To coś więcej niż mechanizmy. To także media, za pomocą których tworzy, to narzędzia, dzieła sztuki i autorzy

Galeria sztuki Dixit Algorizmi mieści się przy Ackerstrasse w centrum Berlina. Przyjechałam tu przekonać się, jak to jest być narysowaną przez artystę… robota.

Instalacja „Rysy ludzkie No.2 5RnP” składa się z pięciu robotów, które potrafią rysować ludzkie portrety. Za „ciała” służą im stare angielskie drewniane ławki szkolne. Każdy ma przyśrubowane do blatu leworęczne robotyczne ramię, którego ruchy i proporcje odpowiadają ruchom i proporcjom ramienia człowieka. Ramię robota ma cztery przeguby, z których ostatni kończy się odpowiednikiem dłoni. W każdej takiej „dłoni” maszyna trzyma długopis typu Bic. Drugi element konstrukcji, rodzaj statywu zakończonego robotycznym okiem, to struktura pionowa.

– Widzę cztery roboty. Gdzie piąty? – pytam Petera Brauna-Himmericha, właściciela galerii.
– Źle się dziś czuje – rzuca.
Jakoś niezręcznie mi dopytywać, co przez to rozumie.

Lekcja rysunku z natury

Podziwiam rysunki robotów na ścianach galerii – w równych szeregach wiszą dziesiątki szkiców. W rogu sali, przed robotami, stoi krzesło dla modela. Dzisiaj pozować będzie jedenastoletnia Miłka. Sesja ma potrwać około pół godziny, ale decydujących jest pierwszych pięć minut – wtedy nie wolno się poruszyć.

Peter przygotowuje roboty do sesji. Każdemu kładzie na ławce białą kartkę, którą przytwierdza w rogach szpilkami. Wygląda to trochę tak, jakby do jakiejś futurystycznej akademii sztuk pięknych przyszło czterech robotycznych studentów na lekcję rysunku modela z natury.

Moje roboty nie potrafią się uczyć. Są oceniane jako kreatywne, co jest oczywiście absurdem, bo to tylko maszyny

Patrick Tresset

Pierwszy robot, niczym przebudzony struś swą długą szyję, rozprostowuje ramię i mruga cyfrowym okiem. Za chwilę drugi, trzeci i czwarty, kręcąc „główkami”, rozglądają się na wszystkie strony. Przedziwne wrażenie robi ta robotyczna menażeria…

Twarz w czterech odsłonach

Nagle wszystkie cztery zauważają Miłkę siedzącą na krześle. Koncentrują się już tylko na niej. Patrzą, obserwują. A potem jeden po drugim na białych kartkach kreślą pierwsze linie – zarysy jej głowy. Zaczyna się sesja.

Z sali dochodzą odgłosy pracy – charakterystyczne szuranie długopisu po lekko chropawym papierze.

Mam nieodparte wrażenie, że to żywe istoty, które na nią patrzą, obserwują, taksują ją wzrokiem, jak jakieś małe zwierzątka. To samo nagłe zatrzymanie, głowa do góry, szybkie, nerwowe spojrzenie, nasłuchiwanie. „Spokój, wszystko gra? W takim razie można wrócić do swojego zadania”.

Co dziwniejsze – każdy robot pracuje na swój sposób. Ten z prawej na przykład rysuje szybciej, energiczniej, ten z lewej jest spokojniejszy – patrzy dłużej, jakby uważniej, a rysuje oszczędniej, mniej nerwowo. Na kartkach pojawia się twarz Miłki w czterech różnych odsłonach; jedna po chwili jest gęsta, prawie czarna od zagmatwanych, obsesyjnych kresek, inna – rysowana delikatnie, oszczędnie, jasno.

W końcu pierwszy robot kończy pracę. Składa swój podpis pod rysunkiem i powoli nieruchomieje. Pozostałe po kolei idą jego śladem.

Długopisy Bic, których używają roboty, to znak nostalgii twórcy rysujących maszyn. Przypominają mu szkice i gryzmoły w zeszytach szkolnych, bo właśnie wtedy zaczęła się jego praktyka rysownicza

Teatr wzruszeń

To dziwne i zarazem wzruszające przeżycie: być rysowanym przez roboty. Nie ulega wątpliwości, że wzięłyśmy udział w performance. Zostałyśmy uczestniczkami swoistego robotycznego teatru.

– Roboty Patricka nie tylko szkicują portrety. One także oddziałują w pewien sposób na tego, kto pozuje – opowiada Peter. – Zwykle boimy się robotów: że nas zniszczą, że zabiorą nam miejsca pracy, że zastąpią nawet artystów. Tymczasem roboty Patricka budzą w ludziach nie strach, ale wzruszenie. Nie są groźne, nie są perfekcyjne. Ludzie myślą: „Och, potrafiłbym zrobić ten szkic lepiej, ładniej, szybciej. Zresztą to przecież lekcja rysunku. One się dopiero uczą”. Jak tylko zobaczyłem twórczość Patricka, wiedziałem, że to coś, co pasuje do mojej galerii.

Sztuka algorytmiczna

Galeria Dixit Algorizmi od początku swojego istnienia, czyli od 2009 roku, wystawia sztukę algorytmiczną. To jedyna galeria w Berlinie o takim profilu.

Co to jest sztuka algorytmiczna?

– To sztuka, która opiera się na algorytmach – tłumaczy Braun-Himmerich. – I to zarówno ta tworzona przez człowieka, jak i ta generowana przez maszyny. Bo czym jest algorytm? To skończony zbiór reguł, instrukcja, zasada, program, który pokazuje nam, jak dojść do celu, jak osiągnąć zamierzony efekt. Kiedy artysta maluje obraz w myśl zasady: „jeden oddech – jedna linia”, tworząc abstrakcyjny obraz, a jednocześnie ćwicząc swoistą pranayamę [kontrolę oddechu – red.] – to to także jest sztuka algorytmiczna.

Samo słowo „algorytm” pochodzi od nazwiska perskiego astronoma, matematyka, geografa i kartografa Muhammada ibn Musa al-Chuwarizmiego, żyjącego na przełomie VIII i IX wieku. Nazwa berlińskiej galerii – Dixit Algorizmi, po polsku „Tako rzecze Al-chuwarizmi” lub mniej po nietzscheańsku „Algorizmi powiedział, że…”, to pierwsze słowa XII-wiecznego łacińskiego tłumaczenia jego traktatu „De numero Indorum” (O rachunku indyjskim), w którym wprowadził wiele przełomowych dla algebry idei.

Twarze do towarzystwa

Algorytmem może być przepis kulinarny, instrukcja obsługi pralki lub program komputerowy. W sztuce algorytmem są nuty. Algorytm pisania tekstów może wprowadzić do pisania pewną regułę. Znane są przykłady twórczości autorów hiszpańskich z XVII wieku, którzy w swoich wierszach pomijali pewną samogłoskę lub spółgłoskę. Współcześnie to właśnie koncepcja/algorytm dzieła sztuki jest ważniejsza niż sam artefakt. Sztuka stała się rodzajem oprogramowania. Jednocześnie szybki rozwój technologii sprawia, że coraz częściej spotykamy się z dziełami sztuki generowanymi przez coraz bardziej autonomiczne maszyny.

Ze trzy czy cztery razy zdarzyło się, że gdy usunąłem jakąś usterkę z programu, z rysunków coś ulatywało, więc wprowadzałem ten błąd z powrotem

Patrick Tresset

Tym właśnie zajmuje się Patrick Tresset, autor instalacji, którą możemy oglądać w Dixit Algorizmi, francuski artysta mieszkający na stałe w Brukseli.

Dlaczego przestał pan rysować własnoręcznie i zaczął programować roboty, które rysują?

– Z kilku powodów. Przez 15 lat zajmowałem się tradycyjnym malarstwem i rysunkiem. Jestem samoukiem, w moich pracach wciąż można wyśledzić pewien rodzaj naiwności. Uczyłem się, kopiując renesansowe obrazy, potem zainteresowali mnie postimpresjoniści i surrealiści, wreszcie tacy artyści, jak Klee, Miro, Beuys czy Richter. Interesowałem się rysowaniem twarzy, bo to coś uniwersalnego, coś, co przemawia do wszystkich, do mnie również. Gdy byłem młodszy, szkicowałem sobie dowolną twarz na kawałku papieru, żeby mieć jakieś towarzystwo.

Patrick wystawiał swoje prace, ale – jak przyznaje – nigdy nie zdobył takiej renomy, by sprzedawać ich wiele i żyć ze sztuki.

Historia niemocy

Pojawiły się też problemy psychiczne: zachorował na chorobę dwubiegunową. Jego stan pogarszał się z roku na roku i w końcu musiał zdecydować się na leczenie.

– Do pewnego stopnia było skuteczne – zaznacza Patrick. – Dało mi więcej kontroli nad sobą, ale skutkiem ubocznym była utrata spontaniczności. W pewnym momencie doszedłem w swej twórczości do ściany. Nie umiałem osiągnąć tego, co chciałem. Chciałem rysować swobodnie i spontanicznie, eksperymentowałem, starałem się rysować, nie kontrolując ręki. A jednak wciąż miałem wrażenie, że wszystko, co tworzę, jest niespontaniczne – wymęczone, wysilone, schematyczne. Ugrzęzłem w tej niemocy.

Uznał, że dla własnego dobra nie może już dalej pracować na emocjach; musiał zająć się pracą intelektualną. Przestał malować i rysować, zajął się systemami komputerowymi – już jako młody chłopak uwielbiał informatykę. Porzucił to jednak na długie lata, bo komputery były drogie, a on był tylko biednym malarzem.

Powrót za klawiaturę

– Teraz jednak odkryłem, że przez ten czas w informatyce zaszły duże zmiany – mówi. – Pojawił się internet i Linux, miałem dostęp do najróżniejszych badań prowadzonych na uczelniach na całym świecie, mogłem uczyć się języków programowania. Śledziłem też działalność algorytmistów takich jak Roman Verostko czy Harold Cohen, którzy byli dla mnie ogromnym źródłem inspiracji.

Szybko nauczył się programować. Zauważył, że ludzie pozytywnie reagują na jego projekty. Nie spodziewał się, że łatwiej mu będzie pokazywać światu prace, które nie były „bezpośrednio jego”, niż to, co stworzył własną ręką.

Każdy robot pracuje na swój sposób. Jeden na przykład rysuje szybciej, energiczniej, inny jest spokojniejszy – patrzy dłużej, jakby uważniej, a rysuje oszczędniej, mniej nerwowo

Przez dwa lata pracował samodzielnie. Zdał sobie jednak sprawę, że potrzebuje lepszego wykształcenia w tej dziedzinie. W 2004 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Goldsmiths w Londynie, na wydziale sztuki komputerowej. Zrobił dyplom, poszedł na studia doktoranckie. W latach 2009-2012 współkierował projektem AIKON-II poświęconym badaniu procesu rysowania z wykorzystaniem modelowania komputerowego. Zajmował się sztuczną inteligencją, estetyką komputerową, robotami społecznymi i psychologicznym aspektem procesu twórczego.

Odzyskać utraconą spontaniczność

– Opierając się na wynikach moich badań, zacząłem programować rysujące roboty – wyjaśnia. – W końcu pewnego dnia moje roboty zaczęły rysować w sposób, który uznałem za interesujący. Zaczęły tworzyć dzieła sztuki. Ich rysunki wyrażały czystą reakcję, bez sumienia i bez osobowości. Osiągnąłem mój upragniony cel: piszę program, ale na tym kończy się moja kontrola. W pewnym sensie używam ich, by odzyskać swoją utraconą spontaniczność.

Na razie bardzo niewielu artystów używa w swojej twórczości sztucznej inteligencji. Myślę, że na całym świecie nie ma ich nawet dwudziestu

Patrick Tresset

W jaki sposób nauczył je pan rysowania?

– Wyrażenie „nauczył” nie jest w tym przypadku adekwatne. Mamy tu przecież do czynienia z systemem komputerowym. Nie chciałbym wchodzić w szczegóły techniczne, bo moje instalacje to dzieła sztuki, a nie pokazy nowych technologii. Technologia w pewnym sensie nie ma dla mnie znaczenia; jest tylko środkiem do celu. Powiem tylko, że używam programów, które sprawiają, że roboty na bieżąco reagują na rzeczywistość: programów widzenia komputerowego (computing vision), grupowania danych (clustering data), wydobywania wzorców z danych (extraction of pattern of data). Moje roboty nie potrafią się jednak uczyć. Są oceniane jako kreatywne, co jest oczywiście absurdem, bo to tylko maszyny. Kreatywnością cechuje się świadoma istota; istota, która ma intencję zrobienia czegoś. Robot nie może być kreatywny, ponieważ nie jest świadomy. Nie istnieje coś takiego jak sztuczna świadomość.

Dwudziestu takich na świecie

Patrick mówi, że sztuczna inteligencja jest dla niego fascynującym polem do eksperymentów, ale na razie wciąż bardzo ograniczonym. W twórczości robotów szuka czegoś zaskakującego wizualnie. Robił różne eksperymenty, ale – zastrzega – „za pomocą algorytmów uczenia głębokiego systemy nie generują niczego nowego, świeżego, a jedynie kombinacje dotychczasowych składników”. Przyznaje, że jak dotąd nie znalazł tu dla siebie nic interesującego („ale wciąż szukam”).

Adres filmu na Youtube: https://youtu.be/QS4X2A4trms

Każdy robot ma przyśrubowane do blatu leworęczne ramię, którego ruchy i proporcje odpowiadają ruchom i proporcjom ramienia człowieka. Ramię robota ma cztery przeguby, z których ostatni kończy się odpowiednikiem dłoni.
Źródło: Sztuczna Inteligencja / YouTube

– To mogłoby być możliwe przy uczeniu wzmocnionym, ale… – na chwilę zawiesza głos. – Przeprowadziłem już eksperymentalną symulację uczenia ze wzmocnieniem i to było fascynujące – patrzeć, jak system stopniowo uczy się kreślić linię prostą. Chciałbym, żeby uczył się rysować już na poziomie stawiania znaków, by zobaczyć, jak to wpłynie na styl rysowania. Ale to przyszłość. Na razie bardzo niewielu artystów używa w swojej twórczości sztucznej inteligencji. Myślę, że na całym świecie nie ma ich nawet dwudziestu.

Kim są dla pana roboty? Współtwórcami czy raczej dziełem sztuki? Podmiotem czy przedmiotem? Kto jest autorem tych rysunków, robot czy człowiek?

– Są tylko maszynami, nawet jeśli chwilami wydają się być czymś więcej. Są medium, za pomocą którego tworzę, narzędziem, a także dziełem sztuki, obiektem estetycznym, który stylizuję. Ale to nie wyklucza tego, że to one są autorami prac. Mają swoją autonomię. Ja, nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym tak rysować, nie stworzyłbym takich szkiców. Nigdy nie wiem, jak dokładnie będą wyglądały poszczególne rysunki. Czasami, gdy analizuję oprogramowanie, zdaję sobie sprawę, że pewne funkcje nie działają tak, jak zamierzałem, ale mimo to wytwarzają pewne efekty. Ze trzy czy cztery razy zdarzyło się, że gdy usunąłem jakąś usterkę z programu, z rysunków coś ulatywało, więc wprowadzałem ten błąd z powrotem. W pewien sposób z tych „błędów” wyrastał „styl” rysowniczy, indywidualność robota. Każdy z moich robotów – a zaprogramowałem już ich niemal 40 – rysuje nieco inaczej, choć stosują tę samą technikę. Mam kolekcję ponad 30 tysięcy ich rysunków, które same stają się tworzywem sztuki. Pracuję nad projektem, w którym przetwarzam te prace, stosując uczenie maszynowe.

Istota wszelkiej sztuki

Pytam, skąd wziął pomysł, by wkomponować roboty w stylizację szkolnej klasy.

Mówi, że to dlatego, że w jego twórczości przewija się wątek dzieciństwa. Te stare ławki szkolne, te długopisy Bic przypominają mu szkice i gryzmoły w zeszytach szkolnych, bo właśnie wtedy zaczęła się jego praktyka rysownicza. Gdzieś w tle jest nostalgia za utraconym dzieciństwem.

Miał pan wystawy na całym świecie. Jak na pana instalacje reagują ludzie?

– Zdziwieniem, rozbawieniem, wzruszeniem. Najbardziej zawsze uderza mnie to, że te instalacje podobają się i dzieciom, i ludziom starszym, i wyrafinowanym koneserom sztuki, i tym, którzy pierwszy raz w życiu odwiedzają galerię sztuki współczesnej. Tak jest niezależnie od kraju. Bardzo mnie to cieszy.

Roboty zachowują się w taki sposób, że odbieramy je jako wrażliwe, świadome istoty – to wrażenie jest bardzo mocne. W pewnym sensie nami manipulują, naszą świadomością i emocjami.

– Tak. Kiedy oglądamy sztukę na deskach teatru, też jesteśmy oszukiwani przez aktorów, ale nasz umysł chce wierzyć w ich kłamstwo. Malarz, który maluje obraz, także manipuluje ludzką percepcją i emocjami. Tak samo jest w moich instalacjach, choć to nie roboty manipulują publicznością, tylko ja. Ale taka jest istota wszelkiej sztuki.


W tekście korzystałam z fragmentów książki „Rysy ludzkie. Patrick Tresset i sztuka kreatywnych maszyn” pod redakcją Ryszarda W. Kluszczyńskiego, wydanej z okazji jego indywidualnej wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” w Gdańsku w 2015 roku.

Patrick Tresset

Tworzy teatralne instalacje, w których rolę aktorów przejmują roboty – ich zachowanie jest odbierane przez publiczność jako ludzkie: kreatywne i ekspresyjne. Opiera się na badaniach ludzkich zachowań, a w szczególności tego, jak artyści przedstawiali człowieka, jak ludzie odbierają dzieła sztuki, a jak reagują na roboty. Używa robotów do produkcji cykli szkiców i obrazów tradycyjnych motywów sztuki takich jak portret, akt czy martwa natura.
Pierwsza wystawa robotów odbyła się w 2011 roku w Londynie. Jego robotyczne instalacje były wystawiane na wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w takich instytucjach jak Centrum Pompidou, Tate Modern, Muzeum Victoria & Albert, czy – w 2015 roku – w Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” w Gdańsku oraz na festiwalach sztuki takich, jak BIAN (Montreal), Ars Electronica (Linz), Update_5 (Gandawa), Londyńskie Targi Sztuki i Biennale w Stambule (ISEA2011). W latach 2012-2014 prowadził w Goldsmiths College kurs robotyki kreatywnej.

Skip to content