Czy łatwo połączyć bycie rodzicem z pracą programisty? – zagadnął retorycznie Krzysztof Seroka, architekt aplikacji webowych w krakowskim oddziale SoftwareONE, podczas swojego wystąpienia na konferencji IT SegFault 25 listopada w Krakowie. Retorycznie, bo to oczywista sprawa, że trudno; połączenie bycia rodzicem z jakąkolwiek pracą jest trudne.

Trzeba się z tymi swoimi dziećmi bawić i dyskutować, karmić i usypiać, wozić na treningi, urodziny koleżanki i inne cuda wianki. Jak w tym wszystkim znaleźć czas na pracę? Nigdy do końca nie zrozumiem, jak nam się to udaje.

Programista pasjonatem ojcostwa

W przypadku programistów jednak, musi to być jeszcze trudniejsze. Programiści to specyficzny podgatunek człowieka. Zamieszkujący hermetyczną architekturę algorytmów, zagłębieni w wirtualne światy zerojedynkowych kodów, poligloci operujący niezrozumiałymi dla przeciętnego człowieka językami – wydają się wyjątkowo mocno cierpieć w zderzeniu z realnym światem. Na przykład z dziećmi.

Są jednak wyjątki. Krzysztof Seroka jest, jak się przedstawia, nie tylko pasjonatem programowania, ale także pasjonatem ojcostwa. Ma trójkę dzieci („ostatni ‘deployment’ przytrafił mi się trzy miesiące temu”). Przyznał, że on także przeżył kryzys.

– Najgorszą rzeczą w byciu rodzicem jest brak czasu na programowanie – zwierzał się Seroka. – Byłem już pewien, że programistycznie stanąłem w miejscu albo że wręcz zacząłem się cofać. I wtedy usłyszałem od znajomego programisty, że żeby być lepszym programistą, należy zrobić sobie dziecko! Zacząłem się nad tym zastanawiać. Czy jest coś, co przydaje mi się w pracy, a czego nauczyłem się dzięki temu, że jestem ojcem? Okazuje się, że tak.

Rozbudźmy w sobie na nowo dziecięcą ciekawość i nie wstydźmy się, jeśli czegoś nie wiemy lub nie rozumiemy

Lekcja numer jeden – zaczął. – Jak tylko chcę coś w domu zreperować i otwieram moją skrzynkę z narzędziami, dzieci rzucają wszystko i przybiegają po młotek. Porywają go i walą nim we wszystko, co popadnie, ponieważ myślą, że wszystko bez wyjątku można zreperować młotkiem. Mam wrażenie, że niektórzy programiści też tak mają. Więc nie zamykajmy się na różnorodność dostępnych narzędzi!

Zjeść słonia po kawałku

– Kiedy każemy dziecku posprzątać pokój po zabawie, odkłada to w nieskończoność – kontynuuje Seroka. – Bo to zadanie je przerasta. Będzie mu łatwiej, kiedy rozbijemy to na szereg poleceń: „włóż klocki do tego pudełka”, „poustawiaj książki na tej półce” itd., w myśl zasady: „Jak zjeść słonia? Po kawałku.” To dla nas programistów lekcja numer dwa: jeśli mamy zadanie, które nas przerasta, rozbijmy je na mniejsze. Na wielkich zadaniach ciąży klątwa wiecznego odkładania.

Lekcja numer trzy. Dziecko zadaje tysiące pytań. W kółko: „Dlaczego? Po co? Ale jak to?”. A my nie na wszystkie znamy odpowiedź i warto się do tego uczciwie przyznać. Wtedy możemy wspólnie poszukać odpowiedzi i wspólnie się czegoś nauczyć. Rozbudźmy w sobie na nowo dziecięcą ciekawość i nie wstydźmy się, jeśli czegoś nie wiemy lub nie rozumiemy.

Najważniejsze to uczyć się na swoich błędach

– Kolejna sprawa to czas. Czas to w rodzicielstwie ważna sprawa. I to nie czas byle jaki, czas drugiej jakości, podzielony pomiędzy gotowanie zupy i pisanie smsa. Dziecko potrzebuje naszej pełnej uwagi – kiedy jesteśmy skoncentrowani tylko na nim. Podobno 15 minut dobrego skupienia bardziej się liczy w wychowaniu niż byle jakie dwie godziny. W programowaniu także ważne jest skupienie. Dbajmy o czas wysokiej jakości! Dzieci zresztą tak bardzo zabierają nam czas, że uczą nas idealnego planowania.

– Lekcja piąta: elastyczność. Przy dzieciach ciągle trzeba się dostosowywać. Mimo, że zawsze byłem rannym ptaszkiem, to ponieważ dzieci budziły się rano razem ze mną, choćby to była 4 rano, przestawiłem się na tryb sowy, żeby mieć więcej czasu dla siebie wieczorem. Programista powinien być elastyczny, bo wszystko się zmienia. Panta rhei.

– Ale najważniejsza lekcja, jaką dostałem od swoich dzieci, to to, że warto uczyć się na swoich błędach. Dorośli boją się ryzykować, a dzieci – robią, co chcą. A więc – popełniają błędy. Nadopiekuńczy rodzice zanadto się o nie boją – że będą głodne, że zmarzną, że spadną z drabinki. Dajmy im popełniać błędy, by mogły na własnej skórze przekonać się, jak warto postępować! Kto nie popełnia błędów? Ten, kto nic nie robi. A więc: świętujmy porażki i stale się uczmy – uczmy się jak dzieci!

Skip to content