Najlepszy zły film świata stał się właśnie jeszcze gorszy, czyli jeszcze lepszy. Dzięki sztucznej inteligencji

Ludzie dzielą się na dwie grupy. Tych, którzy widzieli „The Room”, i tych, którzy nie widzieli i wszyscy znajomi mówią im: „Nie widziałeś? Serio?! Musisz zobaczyć!”. Jeśli należysz do tej pierwszej grupy – wiesz, o co chodzi. Jeśli do tej drugiej – też już masz jako takie pojęcie. Dzięki znajomym.

Tak, „The Room” to film tak niesamowicie zły, że aż genialny. Uznawany jest za najgorszy film świata. Wszystko w nim jest dziwne. Scenariusz nie trzyma się kupy. Dialogi są nielogiczne. Powiedzieć o kreacjach aktorskich, że są niewiarygodne, to nic nie powiedzieć.

Za tym całym bałaganem stoi reżyser/scenarzysta/producent/odtwórca głównej roli tajemniczy Tommy Wiseau. Wiadomo o nim niewiele: skąd pochodzi (niektórzy twierdzą, że z Poznania)? Skąd miał 6 milionów dolarów na nakręcenie „The Room”? Wiadomo natomiast, że to jego postać stanowi modus operandi i epicentrum dziwności* tego filmu.

Jeśli myślisz, że dziwniej być nie może, obejrzyj filmik poniżej**.

Adres filmu na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=I71XJh1nvCU

To nie remake, to deep fake. Brad Pitt w filmie „The Room”
Źródło: Ctrl Shift Face / YouTube

Tak, na powyższym klipie zamiast znajomej wszystkim twarzy Wiseau widzimy Brada Pitta. Wygląda to z jednej strony bardzo niepokojąco (o ile twarz należy do Pitta, o tyle mimika i – co ważniejsze – głos to wciąż Wiseau), a z drugiej – niezwykle wiarygodnie. Wszystko dzięki technologii deep fake, która wykorzystuje głębokie uczenie do płynnej podmiany twarzy jednego aktora na drugiego.

To nic nowego – pierwsze deep fakes pojawiły się w 2017 r., a w naszym portalu pisaliśmy o tym kilkakrotnie. Wideo pokazuje jednak, jak szybko rozwija się ta technologia. Coraz trudniej zorientować się gołym okiem, że wideo zostało zmodyfikowane.

Z jednej strony budzi to obawy przed manipulacją i wykorzystaniem technologii do preparowania nieprawdziwych wiadomości na temat znanych osób. Wiele firm i instytucji pracuje nad metodami wykrywania użycia deep fakes. W takim projekcie połączyły siły Facebook, Microsoft, MIT i siedem uniwersytetów. W listopadzie podobne kroki zapowiedział Twitter.

Z drugiej strony całkiem realna staje się wizja użycia deep fake w produkcji filmowej. Co więcej – to już się dzieje! Na dużym ekranie pierwszy był tegoroczny film „Detektyw Pikachu”. Brytyjski aktor Bill Nighy został tam sztuczne odmłodzony z użyciem technologii wspieranej sztuczną inteligencją.

Niestety, problemem wciąż jest jakość. To, co obroni się na youtube’owym wideo, na pewno nie przeszłoby próby wielkiego ekranu. Zmodyfikowana sekwencja w „Detektywie Pikachu” trwała parę sekund i była zaaranżowana na niskiej jakości transmisję telewizyjną sprzed lat – tylko dlatego można było w niej użyć wciąż niedoskonałej technologii deep fake.

Jak czytamy w „Financial Times”, największym problemem jest… sama sztuczna inteligencja. Ponieważ działa na zasadzie „czarnej skrzynki” (wiemy, co wkładamy do programu i co wyjmujemy, nie wiemy dokładnie, co zachodzi w środku), nie mamy bezpośredniego wpływu na rezultat, a zwykle nie jest on idealny. W 90 procentach przypadków algorytm zadziała właściwie, ale pozostałe 10 procent wymaga ingerencji człowieka, często bardzo pracochłonnej.

Cytowany przez „FT” Suranga Chandratillake, inwestor w firmie Balderton Capital, twierdzi, że użycie deep fake na potrzeby produkcji filmowej może być ślepą uliczką. „Kiedy słyszysz te frazesy, że deep fake zmieni świat… To byłoby możliwe, tylko gdyby ta technologia była naprawdę dobra i działała w czasie rzeczywistym. A tego się po prostu nie da zrobić”.

* termin zapożyczony z fanpage’a „Epicentra dziwności”

**Deepfake’owe zrób to sam

Wideo z Bradem Pittem zostało stworzone za pomocą oprogramowania DeepFaceLab na platformie obliczeniowej Paperspace i opublikowane w serwisie YouTube na kanale Ctrl Shift Face. Można na nim znaleźć kilka równie ciekawych przeróbek, między innymi scenę z filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi” z twarzami Willema Dafoe, Leonardo DiCaprio czy Arnolda Schwarzeneggera.

Skip to content