Technologia nie powinna nam czegoś zabierać, rozleniwiać nas i uzależniać od siebie. Powinna mobilizować nas do działania i wyrabiać dobre nawyki – mówi dr Konrad Maj, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS, w rozmowie z Moniką Redzisz

Monika Redzisz: Jest taka aplikacja, która nazywa się Nic. Nie robi kompletnie nic. Ściągasz tylko taki jasnoszary ekran z napisem: „Nothing” – i na tym koniec. Do czego to może służyć? Gadżet do medytacji dla mistyków? A może ktoś chce nam dać do zrozumienia, że trochę za dużo już tego wszystkiego w naszych telefonach?

Konrad Maj*: To z pewnością daje do myślenia. Ale czy naprawdę aplikacji jest za dużo? Równie dobrze moglibyśmy zapytać, czy nie mamy za dużo książek albo gier. To rynek weryfikuje apki. Niektóre się nie przyjmują, inne znikają. Większość z nas stale użytkuje zaledwie kilka. Aplikacje spełniają bardzo różne funkcje: niektóre są edukacyjne, inne mają charakter pomocy, jeszcze inne są nastawione na rozrywkę czy relaks. Mamy przecież całą masę różnych potrzeb. Nawet aplikacje, które wydawałyby się totalnie niepotrzebne i bezwartościowe, mają swoich amatorów.

Z jakimi najdziwniejszymi się pan spotkał?

Na przykład istnieje aplikacja, która mierzy wysokość podrzucenia telefonu do góry (dość absurdalne i destrukcyjne dla telefonu). To taka aplikacja antysmartfonowa, ale ludziom się podoba. Z kolei Binky to aplikacja społecznościowa bez społeczności, gdzie hejterzy i wszyscy ci, którzy lubią sobie pokomentować, mogą to robić do woli, ponieważ nikt inny tego nie widzi. Jest aplikacja, dzięki której możemy sobie powyciskać wirtualne pryszcze, i taka, dzięki której można doić krowę – a konkretnie: pociągać za krowie wymiona.

Po co robić takie rzeczy? Przecież to zajmuje czas i kosztuje.

Też się często nad tym zastanawiam. Ludzie mają rozmaite marzenia i potrzeby. Jest na przykład aplikacja, która pozwala przez chwilę poczuć się bogatym, bo polega na liczeniu miliona dolarów w wirtualnych banknotach. Jest trochę aplikacji, które wymuszają na nas nieco inną interakcję z telefonem. Jedna z nich stawia przed nami zadanie stopienia wirtualnego sopla przez dotykanie telefonu językiem. Inna za pośrednictwem specjalnej przystawki pozwala przesłać całusa na odległość. Jest też taka, która uczy całować namiętnie – na YouTube można sobie pooglądać użytkowników liżących ekrany swoich smartfonów. Oczywiście w czasach koronawirusa takie organoleptyczne aplikacje przeżywają kryzys.

Nasi dziadkowie mieli scyzoryki rozwijane jak wachlarz, w których było wszystko, a my mamy telefony z aplikacjami

Niezależnie jednak od kwestii przydatności różnych aplikacji fascynuje mnie ludzka pomysłowość. Twórcy aplikacji potrafią obserwować nasze potrzeby i dostrzegać nisze. Aplikacja FakeCall ustawia fejkowe połączenie telefoniczne , które pozwala nam zmyć się z nudnego spotkania. Jest też aplikacja, dzięki której możemy sobie podczas koncertu w telefonie odpalić zapalniczkę. Czy to nie pomysłowe? Jestem obecnie w jury globalnego konkursu Huawei Apps Up dla deweloperów i twórców aplikacji (patrz ramka). Już się nie mogę doczekać tego, co zobaczę.

Aplikacje tworzą w telefonach lustrzany obraz prawdziwego świata. Niemal wszystko ma już w nich swoje odpowiedniki: banki, sklepy, służba zdrowia, gry, zabawki…

To taki nasz niezbędnik. Nasi dziadkowie mieli scyzoryki rozwijane jak wachlarz, w których było wszystko, a my mamy telefony z aplikacjami. To często jednak bardzo praktyczne programy, które ułatwiają nam życie. Poza tym wszyscy właściwie możemy być tu twórcami. Tworzenie aplikacji jest coraz tańsze i coraz łatwiejsze, a ze względu na globalizację można zarobić nawet na bardzo niszowych produktach, jak dojenie wirtualnej krowy.

Jednak niektóre z nich, ułatwiając nam życie, redukują nasze zdolności poznawcze. Jestem tak przyzwyczajona do nawigacji GPS, że gdy prowadzę samochód bez niej, czuję się zagubiona nawet w mieście, które znam od urodzenia.

To prawda, jest już zresztą sporo badań na ten temat. Badania prowadzone na University College London (UCL) pod kierunkiem Hugona Spiersa, który wykorzystał rezonans magnetyczny, pokazały, że używając GPS, zatracamy zdolność orientowania się w terenie i że obumiera przez to część naszych neuronów. Nie rozwijamy umiejętności zapamiętywania i lokalizowania obiektów, które napotykamy, przemieszczając się. Ta część mózgu, która jest odpowiedzialna za pamięć i orientację w przestrzeni, nie jest odpowiednio aktywizowana. Człowiek pierwotny musiał posiadać takie cechy. Do dziś mieszkańcy wiosek w Amazonii potrafią pokonywać wiele kilometrów w dżungli, bezbłędnie odnajdując drogę do domu. Mają rozmaite sposoby identyfikowania punktów orientacyjnych. My zatracamy tę umiejętność, ponieważ jej nie ćwiczymy. GPS to wymysł naszego pokolenia. Zbyt krótko go używamy, by jednoznacznie przewidzieć długofalowe skutki, ale pewne sygnały, że to groźne, już się pojawiły.

Co robić? Odstawić GPS?

To dylemat. Z jednej strony myślimy: „Jestem zmęczony po pracy, więc posłucham sobie muzyki, a GPS doprowadzi mnie do domu”. Zwłaszcza że on doradzi na przykład, jak ominąć korki. Nie mówię, że powinniśmy zakazać stosowania GPS-a, ale myślę, że warto zdać sobie sprawę z tego, że czasami przesadzamy z jego użyciem. Pozwólmy mózgowi trochę potrenować, zmuszajmy go do wysiłku i gdy możemy, odstawmy GPS.

Tak jak chodzimy na siłownię, chociaż silne mięśnie nie są już nam potrzebne do przeżycia?

Właśnie tak, trzeba ćwiczyć dla zdrowia. Jadąc samodzielnie, człowiek musi uruchomić wyobraźnię, by stworzyć sobie pewną mapę w głowie. Musi zauważać punkty charakterystyczne i dokonywać takich operacji, jak na przykład rotacja obiektów w wyobraźni. Musi używać pamięci długotrwałej. Jednym słowem – grzebać w hipokampie i korze przedczołowej. Wspomniany zespół dr. Spiersa z UCL udowodnił, że u taksówkarzy, którzy odstawiają GPS, obszar hipokampu się powiększa. A to szalenie ważne i przydatne także w innych czynnościach, na przykład w projektowaniu.

Projektanci mają dziś do dyspozycji symulacje komputerowe, więc wyobraźnia nie jest już im tak bardzo potrzebna. W procesie ewolucji straciliśmy już wiele umiejętności, bo przestały być nam potrzebne. Może teraz przyszła kolej na orientację przestrzenną?

Powinniśmy zachować złoty środek, bo inaczej kolejne pokolenia będą miały problem z tym, aby wrócić samodzielnie ze sklepu do domu.

Gdzie jest ten złoty środek? Do którego momentu używanie technologicznych protez jest dla nas dobre, a od którego zaczyna być niebezpieczne?

Problem pojawia się wtedy, kiedy używanie tych protez „przedawkujemy” albo gdy uzależnimy się od nich. Kiedy jesteśmy tak mocno podekscytowani jakąś aplikacją, że nie potrafimy się od niej oderwać, to jest to sygnał ostrzegawczy. W psychologii wiele uwagi poświęca się temu, że człowiek powinien pracować w toku rozwoju nad samoregulacją: umieć powstrzymać się od pewnych czynów, przezwyciężać nagłe impulsy i pragnienia. Musimy posiadać zdolność kontrolowania własnego zachowania. Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy to aplikacje zaczynają sterować nami i naszymi decyzjami i bez nich sobie nie radzimy, jesteśmy pogubieni.

Jesteśmy dziś bardzo zajęci i bombardowani informacjami. Zapomnieliśmy, co to nuda. Najlepiej to widać u dzieci – nigdy się nie nudzą, bo zawsze mają w swoim smartfonie jakąś atrakcyjną aplikację. Czy to nie jest niebezpieczne? Jak to wpływa na ich kreatywność?

W przypadku dzieci to rzeczywiście zgubne. Kiedy dziecko zaczyna się nudzić, powinno uruchomić swoją głowę, a nie brać telefon do ręki i dostawać gotowe rozwiązanie. W Irlandii zespół Seliny McCoy z The Economic and Social Research Institute (ESRI) opublikował w zeszły roku raport z badania „Growing Up in Ireland” na grupie 8,5 tys. lokalnych dzieci. Okazało się, że dzieci, które posiadały telefon komórkowy w wieku dziewięciu lat, osiągały średnio o 4 procent gorszy wynik w standardowych testach z czytania i matematyki w wieku 13 lat. Na szczęście, jak wynika z metaanaliz badań, już starsi nastolatkowie radzą sobie nieco lepiej ze światem cyfrowym i tylko znaczne nadużywanie grozi nadmiernym pobudzeniem, dekoncentracją czy depresją. Aplikacje nie stymulują mózgu młodego człowieka tak mocno, jak doświadczenia sensomotoryczne – kiedy dotykamy czegoś, coś konstruujemy, lepimy, rysujemy, malujemy. Dlatego w szkołach Montessori, szkołach waldorfskich i wielu innych dzieci trzymane są z dala od telefonów. Zachęca się je do uprawiania sportu, rozmaitych czynności motorycznych, interakcji. Ważny jest też ten czas pusty, czas potrzebny do tego, by się zatrzymać, zastanowić się, poobserwować świat. Nie ma szans na baczną obserwację, jeśli mamy w rękach telefon. W młodzieżowym slangu, gdy ktoś nie potrafi wytrzymać chwili bez dotykania telefonu, mówi się o „smartcicy”.

Widziałem na wakacjach dzieci, które cały pobyt spędziły przy swoich telefonach, zamiast delektować się krajobrazami czy lepić zamki na piasku

Da się wyznaczyć różne zasady dla dzieci i dla dorosłych? Przecież dzieci zawsze będą nas naśladować.

Oczywiście – przykład idzie od rodziców. Widziałem na wakacjach dzieci, które cały pobyt spędziły przy swoich telefonach, zamiast delektować się krajobrazami czy lepić zamki na piasku. Co więcej, wielu rodziców takich dzieci jest przekonanych, że w ten sposób one uczą się nowych technologii. To błędne myślenie. Technologia nie powinna nam czegoś zabierać, powinna nam dawać coś dodatkowego, ułatwiać wykonywanie zadań, dostarczać wiedzy, którą sami przetwarzamy, umożliwiać budowanie kontaktów Innymi słowy – rozwijać nas. Nie powinna nas rozleniwiać i uzależniać od siebie. Powinna mobilizować nas do działania i wyrabiać dobre nawyki.

Jak odróżnić dobre aplikacje od złych?

Nie ma reguły. Czasem subtelne aspekty decydują o tym, czy aplikacja pokieruje nami i pomoże zbudować zdolność do samoregulacji, czy odwrotnie – osłabi ją. Na pewno powinniśmy uważnie dobierać narzędzia, z których korzystamy. Jest wielu twórców aplikacji, którzy weryfikują swoje produkty we współpracy z ośrodkami naukowymi.

Poza tym dużo zależy od konkretnej sytuacji. Roy Baumeister [znany amerykański psycholog społeczny – red.], który prowadzi eksperymenty nad siłą woli, zrobił takie oto badanie: posadził dwie grupy ludzi przed smakowitymi ciasteczkami, ale jedną grupę poprosił, żeby powstrzymała się przed ich zjedzeniem; ludzie ci musieli się mocno kontrolować. Na następnym etapie wszystkim dano do rozwiązania skomplikowane zadanie. Okazało się, że ci, którzy wcześniej jedli ciasteczka, pracowali nad nim spokojnie przez 20 minut. A ci, którzy musieli opierać się pokusie, poddawali się już po 8 minutach. To dowodzi, że mamy ograniczone zasoby samokontroli. Dlaczego o tym mówię w kontekście aplikacji? Bo dla osób, które są przemęczone, które podejmują na co dzień wiele trudnych decyzji, wydatkując w związku z tym dużo energii, nawet te „rozleniwiające” aplikacje mogą mieć sens. Są dla nich ratunkiem, bo pomogą zaoszczędzić na cele zawodowe ich zasoby związane z samoregulacją i podejmowaniem decyzji. A zatem problem leży nie tyle w samych aplikacjach, lecz w tym, jakie są, kto ich używa, w jakim celu i jak intensywnie.


*Dr Konrad Majadiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej na Wydziale Psychologii Uniwersytetu SWPS. Kieruje projektem HumanTech Meetings, jest też inicjatorem oraz kierownikiem Centrum Innowacji HumanTech, które m.in. analizuje najnowsze trendy społeczne i technologiczne. W pracy naukowej zajmuje się m.in. psychologią mediów oraz innowacjami. Prowadzi zajęcia z zakresu psychologii społecznej, psychologii wpływu społecznego i innowacji społecznych.

Apka do góry, zgłoś się do konkursu

Dr Konrad Maj będzie jednym z jurorów globalnego konkursu Huawei Apps Up. Swoje aplikacje można zgłaszać do 30 sierpnia. Jedynym warunkiem jest to, że aplikacje muszą opierać się na zestawie narzędzi HMS Core i być zintegrowane z HMS. Jury będzie je oceniać pod kątem użyteczności, innowacyjności i wpływu społecznego.

W każdym z pięciu regionów świata – Chiny, Azja-Pacyfik, Ameryka Łacińska, Europa, Bliski Wschód i Afryka – będzie można wygrać:
• 5 nagród w kategorii „Wybitna aplikacja” – po 15 tysięcy dolarów dla każdej;
• 3 nagrody w kategorii „Wybitna gra” – po 15 tysięcy dolarów;
• 12 nagród honorowych – po 2,5 tysiąca dolarów;
• 3 nagrody w kategorii „Największy wpływ społeczny” – po 5 tysięcy dolarów;
• 1 nagroda w kategorii „Najpopularniejsza aplikacja” – 5 tysięcy dolarów.

Partnerami w konkursie Huawei Apps Up są uczelnie z całego świata, w tym z Polski: Uniwersytet SWPS, PJATK, Akademia Leona Koźmińskiego, Politechnika Śląska, Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki oraz Biuro Karier Uniwersytetu Warszawskiego.
Więcej informacji na stronie konkursu.

Skip to content