Utrwalony w mniej czy bardziej wiernych pierwowzorowi z „analogowej rzeczywistości” cyfrowej kopii będziesz mógł przeżywać różne wersje siebie we wszelkich możliwych konfiguracjach

„Maszyna – wykrzyknęli – żywi nas, odziewa i gości; poprzez nią ze sobą rozmawiamy, widzimy jeden drugiego, w niej jesteśmy. Maszyna jest przyjacielem idei i wrogiem przesądów: Maszyna jest wszechmocna, wieczna; błogosławiona jest Maszyna”.

W opowiadaniu „The Machine Stops” Edwarda Morgana Forstera ludzkość żyje pod ziemią, bo na jej powierzchni już się nie da. Tak przynajmniej utrzymuje Maszyna – wszechpotężny system zapewniający każdemu człowiekowi odpoczynek, pracę, rozrywkę, wiedzę, pożywienie, higienę i kontakt z innymi. Narzędziem tego kontaktu są połączone z maszyną płytki transmitujące obraz i dźwięk. Każdy człowiek mieszka w celi, której nigdy nie opuszcza, a mimo to ma tysiące przyjaciół, bo zna ich dzięki pośrednictwu płytki-Maszyny. Nowe idee tu nie powstają, ponieważ wszystko jest mieleniem starych treści. Eter wypełnia więc paplanina o tym, co kto zjadł czy co kto akurat robi. Gnuśna, nietwórcza, bezwładna i zahukana ludzkość nie wierzy w siebie. Wierzy za to w Maszynę, bo tylko dzięki niej i w niej może istnieć.

Umarłeś, a został bałagan

Pisząc ten tekst po ponad stu latach od opublikowania opowiadania Forstera, korzystam z mocy sieci-Maszyny, zaś większość tych, którzy go przeczytają, pewnie zrobi to za pośrednictwem jakiejś podpiętej do niej płytki. Współczesna Maszyna nie zmusza nas już jednak do oddawania jej czci. Robimy to dobrowolnie i mimowolnie, nie potrafiąc bez niej żyć. Wkrótce nie będziemy też umieli bez niej umrzeć. Wtedy zawładnie nami bez reszty i na zawsze.

Za obsługiwanie naszego życia po śmierci już się zabrała – delikatnie i ostrożnie, zachowując pozory użyteczności, w przyjacielskim tonie perswazji.

„Wyobraź sobie, że umierasz z hasłami do swojego komputera w głowie, pozostawiając współpracowników bez dostępu do najważniejszych plików. Wyobraź sobie, że twoja ukochana nie może wejść na twoje konto bankowe. Albo że umierasz, nie wyjawiwszy sekretu, który zawsze chciałeś przed śmiercią wyjawić”. Roztaczający te wizje Deathswitch („włącznik śmierci”) jest automatycznym systemem, który – o ile zechcesz – co jakiś czas będzie wysyłał ci prośbę o wpisanie wcześniej umówionego hasła. Jeśli któregoś dnia nie zareagujesz, zrobi to jeszcze parokrotnie, a potem, o ile nadal będziesz milczał, uzna, że umarłeś albo jesteś niezdolny do działania. Wtedy uprzednio przygotowane przez ciebie wiadomości, na przykład z hasłami czy sekretami, wyśle do osób, które wybrałeś.

Przeciw ciszy grobów

Amerykański neurobiolog i pisarz David Eagleman w swoim bestsellerze „Sum: Forty Tales from the Afterlives” [Jestem (łac.): czterdzieści opowieści z zaświatów] nazwał tego rodzaju przedsięwzięcia „dobroduszną rewolucją przeciw ciszy grobów”.

Na razie ton tej rewolucji nadają podobne do Deathswitch łapiduchy, które – przybrawszy stroskane miny – chcą tylko wykorzystać okazję do zarobku. Warto, bo jak szacuje portal WebpageFX, w przypadku samego tylko Facebooka co godzinę umiera 428 użytkowników tego portalu. Każdego dnia ponad 10 tysięcy nieżyjących facebookowiczów jest przez nieświadomych sytuacji znajomych (i nieznajomych) zapraszanych do zawarcia portalowej przyjaźni, oznaczanych (tagowanych) na zdjęciach bądź staje się adresatami życzeń urodzinowych.

Przykry bałagan, na którym można zarabiać, zresztą z dnia na dzień coraz więcej. Nawet bowiem jeśli Facebook przestanie się rozwijać, liczba jego zmarłych użytkowników zrówna się z liczbą żyjących (dziś wciąż znacznie większą) około 2065 roku, a około 2100 roku obecne proporcje się odwrócą – i ustabilizują.

Jeśli natomiast portal nadal będzie kwitł, liczba zmarłych użytkowników zrówna się z liczbą żyjących dopiero około 2130 – tyle że potem nadal będzie rosła.

Transfer cennych danych trwa już od dawna – i przyspiesza. Portal 1000memories.com oszacował, jaka część informacji o nas istnieje tylko w niej. Okazało się, że w przypadku 65-latków to tylko 12 procent, ale 45-latkowie zdeponowali w internecie już 56 procent informacji o sobie, 25-latkowie 72 procent, a nastolatki – 86 procent.

Fortuna czeka i wiedzą o tym nie tylko w Facebooku. Swoje zarobić chcą także między innymi ci z Legacy Organisera, aplikacji na iPhone’a, która pozwala rejestrować preferencje użytkownika dotyczące jego pogrzebu (muzyka, zdjęcia, zawiadomienia, kondolencje), i ci z The Voice Library, biblioteki głosów zmarłych ludzi.

Narodziny cyberzombi

Ale nowa rewolucja ma też swoich radykałów, burzycieli starego porządku w imię zasad, pionierów-bluźnierców zdolnych zapuszczać się w zaświaty. Ci z Eternity Message nie są jeszcze nazbyt bezczelni: jeśli zechcesz, ich serwis wyśle po twojej śmierci przygotowane zawczasu maile do przyjaciół (lub wrogów) w ustalonych odstępach czasu.

Sprawa LivesOn wygląda już jednak poważniej. „When your heart stops beating, you’ll keep tweeting. Welcome to your social afterlife” (Kiedy twoje serce przestanie bić, ty nadal będziesz tweetował. Witaj w swoim społecznościowym życiu pozagrobowym) – obiecuje slogan tej internetowej aplikacji, która analizuje składnię i słownictwo dotychczas napisanych przez ciebie tweetów i tworzy nowe. Brzmią tak, jakbyś był ich autorem.

Konto na DeadSocial robi podobne rzeczy z wiadomościami także na Facebooku, dorzucając do tekstu filmy i zdjęcia. „Dlaczego mamy przestać tworzyć treści, gdy umrzemy?” – pytał James Norris, założyciel DeadSocial, w rozmowie z dziennikarką „Forbesa” Kashmir Hill w maju 2012 r. „Norris chce sprowadzić zombi do naszych portali społecznościowych” – skomentowała to Hill.

Najwidoczniej nie wiedziała, że pierwsze takie straszydła pojawiły się już w sieci kilkanaście miesięcy wcześniej. W 2010 roku programiści z Alabamy stworzyli internetowy serwis Virtual Eternity, zdolny kreować „inteligentne awatary” ludzi, które będą „żyły” po śmierci swych pierwowzorów. Taki awatar – zapewniali – wygląda jak ty, mówi jak ty, niemal myśli jak ty. Sam uczysz go wszystkiego, wypełniając odpowiednie formularze i przechodząc test, dając mu własny wygląd (zdjęcia) i głos (nagrania).

Ponieważ jednak awatary z VE nie wyglądały, nie mówiły i nie myślały „jak ty”, projekt zakończył się na wersji beta i korzystają dziś z niego tylko niektóre amerykańskie muzea, chcące „ożywiać” postacie historyczne.

Cóż z tego, skoro machina już ruszyła?

Mieszamy siebie z czymś większym, tworząc transaktywne partnerstwo nie tylko z innymi ludźmi, ale ze źródłami informacji znacznie potężniejszymi niż to, co kiedykolwiek widział świat


Facebook wskrzesza zmarłych

„Kiedy Facebook ogłosił, że mógłby wskrzeszać zmarłych, świat się uśmiał. Ale Facebook był śmiertelnie poważny. Powiedzieli, że technologia już jest, trzeba tylko dopracować detale. Zrobili kopię każdego cyfrowego śladu, który pozostawiłeś. Każdego e-maila z twojego archiwum, każdego zdjęcia i filmu, który zrobiłeś lub w którym się pojawiłeś, każdej strony w sieci, którą odwiedziłeś, każdego twojego naciśnięcia klawisza. Historii miejsc, w których byłeś, aktywności w sieciach społecznościowych – wszystkiego, co nawarstwiało się w ciągu dziesięcioleci. (…) Na tej podstawie z petabajtów i eksabajtów danych Facebook zbudował model, który mógłby przybliżyć sposób, w jaki się zachowujesz” – snuje swój mroczny eksperyment myślowy Tom Scott, ekspert od nowych technologii.

Scott zapowiada nadejście dnia, w którym twoi przyjaciele czy krewni nadal będą wysyłać do ciebie wiadomości – choć ciebie wśród żywych już nie będzie. Będą cię prosić o radę, opowiadać o tym, co u nich słychać, a po godzinie lub dwóch twój cyfrowy model wyśle odpowiedzi nie do odróżnienia od tych, których udzieliłbyś sam. To będzie wyglądało tak, jak gdybyś był na innym kontynencie i miał dostęp tylko do e-maila. I tylko od czasu do czasu firma, która umożliwi wam te pogaduszki zza grobu, w jakimś momencie konwersacji pozwoli sobie na ulokowanie produktu.

To Facebook i inne podobne mu Forsterowskie maszyny będą śmiać się ostatnie, albowiem już zawsze będziemy je karmić tym, czego nie jesteśmy w stanie się wyzbyć: potrzebą bliskości, nadziei, złudzeniami. Kto oglądał „Be right back” (Zaraz wracam), pierwszy odcinek II serii brytyjskiego serialu „Black Mirror” Charliego Brookera na Channel 4 (premiera 11 lutego 2013), dobrze wie, w czym rzecz.

Ash, uzależniony od portali społecznościowych trzydziestolatek, ginie dzień po swojej przeprowadzce na wieś. Martha, jego dziewczyna, dowiaduje się po pogrzebie od przyjaciółki Sary, że w internecie jest nowy serwis „przywracający zmarłych do życia”. Awatary nieboszczyków buduje z informacji, które pozostawili po sobie w sieci. Zrazu Martha gwałtownie odrzuca ten pomysł. Ale potem odkrywa, że jest w ciąży, i zaczyna odpowiadać na maile (Sara i tak postawiła na swoim i zgłosiła przyjaciółkę do serwisu) od „wskrzeszonego” Asha. Opowiada mu o tym, jak się czuje i jak zachowuje się malec w jej łonie. Potem mogą już rozmawiać przez telefon, wreszcie któregoś dnia dziewczyna animuje „cyfrową osobowością” Asha jego syntetyczne ciało, wyprodukowane na zamówienie…

Kto żywy, a kto martwy

David Eagleman zwraca w swojej „Sum” uwagę na to, że rosnąca trudność w oddzielaniu martwych od żywych staje się dla nas coraz większym problemem. Nigdy niezasypiające komputery uporczywie pogarszają naszą sytuację, nieustannie wysyłając w eter społecznościowe kontakty martwych: życzenia, kondolencje, zaproszenia, flirty, wyjaśnienia, pogaduszki, dowcipy – kody między ludźmi, którzy dobrze się znają lub znali.

Neurobiolog i pisarz David Eagleman twierdzi, że m.in. z powodu aktywności serwisów społecznościowych w sieci coraz trudniej oddzielić żywych użytkowników od zmarłych

W rezultacie „teraz jest już jasne – pisze Eagleman – dokąd zmierza to społeczeństwo. Większość ludzi już umarła i ja jestem jednym z nielicznych pozostałych przy życiu. Do czasu gdy zostanie naciśnięty mój własny włącznik śmierci, nie pozostanie nic innego, jak tylko wyrafinowana sieć transakcji – ale nie będzie nikogo, kto mógłby je odczytać. (…) Dlatego życie pozagrobowe nie istnieje dla nas, per se, lecz istnieje dla tego, co istnieje między nami”.

Naszą wiecznością stały się łączące nas relacje: kto kogo kocha, a z kim walczy lub kogo nienawidzi, kto o kim plotkuje, a kogo wyśmiewa, kogo lekceważy, a do kogo wzdycha. W cyfrowych komunikatach zapisane są wszystkie nasze więzi z przyjaciółmi, braćmi, dziećmi, współpracownikami, kochankami, szefami, rywalami, idolami, znajomymi z urlopu czy ze studiów. „Włączniki śmierci naśladują społeczeństwo tak wiernie – pisze Eagleman – że można na ich podstawie odtworzyć całą sieć społecznych powiązań. Wspomnienia planety ocaleją w zerach i jedynkach”.

Sieć, nasza pamięć

Lepszej przyszłości dla wspomnień nie będzie, bo internet zajął miejsce należące do tej pory do ludzkich społeczności – bliskich, przyjaciół, znajomych, współpracowników – jeśli chodzi o tzw. pamięć kolektywną, w której dzieliliśmy się informacjami potrzebnymi w codziennym życiu.

W artykule „The Internet Has Become the External Hard Drive for Our Memories” (Internet stał się zewnętrznym twardym dyskiem dla naszych wspomnień) Daniel M. Wegner i Adrian F. Ward, psycholodzy z Harvardu, zauważają, że kiedyś jeden wiedział to, inny tamto, każdy odpowiadał za jakąś cząstkę wiedzy potrzebnej w życiu – i tę cząstkę w razie potrzeby innym udostępniał. Taka sytuacja scalała grupę, czyniła ludzi sobie bardziej potrzebnymi, dla siebie nawzajem cennymi.

Dziś od tego jest internet, a nam nie chce się już pamiętać. Naszą pamięcią jest sieć; własną pamięć wyeksportowaliśmy na zewnątrz siebie. „Rozróżnienie między wewnętrznym a zewnętrznym – tym, co znajduje się w naszych umysłach jako będącym w opozycji do tego, co wiedzą nasi przyjaciele – radykalnie zmienia się, gdy powiernikiem staje się internet. Często szybciej uzyskujemy informację z internetu, niż odzyskujemy ją z własnej pamięci. Bezpośredniość, z którą rezultaty wyszukiwania wyskakują na ekranie smartfona, może zamazywać granice między naszymi osobistymi wspomnieniami a ogromnymi skarbami dystrybuowanymi w internecie” – piszą Wegner i Ward.

Niedawno postanowili zbadać, do jakiego stopnia ludzie włączają internet w obręb subiektywnego postrzegania samych siebie. Eksperyment wykazał, że poczucie własnej poznawczej wartości jest wyraźnie większe u tych, którzy – szukając odpowiedzi nawet na proste pytania – korzystali z Google’a. Wniosek? Sieciowe programy uznaliśmy za część naszej własnej aparatury poznawczej.

My i między-umysł

Zbieramy już gorzkie owoce tego, że zaczęliśmy traktować internet jak żywą osobę. Tyle że on, konstatują Ward i Wenger, „nie przypomina żadnej osoby, którą wcześniej spotkaliśmy – jest zawsze obecny, zawsze dostępny i wie w zasadzie wszystko”.

Według obu naukowców prawdopodobnie stajemy się częściami „między-umysłu” i budujemy nową inteligencję, która nie jest już zakotwiczona w lokalnych wspomnieniach gromadzonych tylko przez nasze własne umysły: „Mieszamy siebie z czymś większym, tworząc transaktywne partnerstwo nie tylko z innymi ludźmi, ale ze źródłami informacji znacznie potężniejszymi niż to, co kiedykolwiek widział świat”.

To by znaczyło, że przenosimy swoje człowieczeństwo do sieci. „Ale czy coś takiego jest w ogóle możliwe?” – zastanawiała się na łamach „New York Timesa” Susan Schneider, filozofka z Uniwersytetu Connecticut, obejrzawszy film Spike’a Jonze’a pt. „Ona”. Jego bohater, samotnik i sympatyczny dziwak Theodore Twombly, zakochuje się w Samancie – programie komputerowym udającym kobietę. Świadomość, że ma do czynienia z bytem wirtualnym, wcale nie studzi uczuć Theodore’a. Wrażliwość Samanthy, jej bogata osobowość, inteligencja i empatia wynagradzają ten brak po stokroć.

Skoro program komputerowy może zawładnąć duszą żyjącego człowieka, to może i człowiek mógłby odnaleźć spełnienie, przenosząc się do cyfrowego świata?

Być może w przyszłości najbardziej poszukiwanymi profesjonalistami będą właśnie projektanci wirtualnych światów, w których zechcemy umieścić swoje umysły po obumarciu ciał


Esencja świadomości

Michael Graziano, neurobiolog z Uniwersytetu Princeton, badał ludzki mózg przez niemal 30 lat. Dziś na pytanie, czy rzeczywiście moglibyśmy zapakować zawartość umysłu człowieka do komputera, odpowiada: niemal na pewno. I wkrótce to zrobimy. Problemem jest tylko cena, jaką przyjdzie za to zapłacić. Ten akt „całkowicie przeobrazi człowieczeństwo, prawdopodobnie w sposób bardziej niszczący niż pomocny. To nas zmieni dalece bardziej, niż zmienił internet, choć prawdopodobnie w podobnym kierunku” – pisze w artykule „Endless fun” (Niekończąca się przyjemność) z grudnia 2013.

Przyznając, że technologii daleko jeszcze do symulowania piekielnie skomplikowanych procesów biochemicznych w mózgu człowieka, Graziano jednym tchem dodaje, że być może dla odtworzenia ludzkiej świadomości wcale nie będzie to konieczne. Fonograf Edisona potrafił przecież odtwarzać brzmienie różnych instrumentów, choć nie był zbudowany tak jak one.

„Jedną z najpowszechniejszych sugestii jest, że wzór połączeń między neuronami zawiera esencję całej maszyny. Jeśli można by określić sposób, w jaki każdy neuron łączy się ze swymi sąsiadami, otrzymalibyśmy wszystkie dane potrzebne do odtworzenia umysłu”.

Problem rozwiązuje konektom, który niezależnie od siebie w 2005 r. odkryli dwaj naukowcy – Olaf Sporns z Uniwersytetu Indiany i Patric Hagmann z Uniwersytetu w Lozannie. To – analogicznie do genomu – mapa-diagram połączeń neuronowych w mózgu, instrukcja jego działania. Konektom, według Graziano, zawiera esencję umysłu. Wystarczy więc, że komputer go odczyta, a w maszynie ożyje świadomość człowieka. Amerykański Narodowy Instytut Zdrowia realizuje już Human Connectome Project, który ma „zmapować” ludzki mózg.

Eden w stylu Tolkiena

Cyfrowo odtworzony umysł stanie się niezależny od ciała, a o jego trwaniu będzie decydowała już nie natura, lecz technika. W dowolnej chwili – na przykład gdy twoje ciało będzie już stare i schorowane – będziesz go mógł ewakuować do sieci, w zawczasu tam dla niego zaprojektowaną nową „pośmiertną rzeczywistość”.

Kto wie, być może w przyszłości najbardziej poszukiwanymi profesjonalistami będą właśnie projektanci wirtualnych światów, w których zechcemy umieścić swoje umysły po obumarciu ciał? Może miejsce kapłanów zajmą inni „odźwierni wieczności” – komputerowi demiurdzy, cyberkrawcy szyjący nam prywatne niebo na miarę naszych marzeń, wiedzy, erudycji, tęsknot i wyobraźni? Projektanci cyfrowych zaświatów, które u jednych będą przypominały lasy Tolkienowskiego Rivendell, a u innych – choćby Ogród rozkoszy ziemskich Boscha…

Największym wrogiem fundamentalistów przyszłości będzie nie innowierstwo czy ateizm żyjących, lecz właśnie owa cyfrowa wieczność umarłych. To o nią będą się toczyć najbardziej krwawe wojny, to z jej powodu będzie ginęło najwięcej niewinnych ludzi. Obłożeni semteksem zamachowcy samobójcy będą wysadzać się nie w autobusach czy na ulicach, lecz w serwerowniach i na targach technologii cyfrowych.

Życie po śmierci nie będzie już nagrodą za cnoty. Stanie się przedmiotem handlu, niczym średniowieczne odpusty. Największą kontrolę sprawować będą nad ludźmi „cyfrowi Charoni” – ci, od których będzie zależało, czy, jak szybko i w jakiej wersji przeniesiesz się do wirtualnego zaświata.

Tolkienowskie Rivendell w ekranizacji Petera Jacksona. Czy tak mogą wyglądać cyfrowe zaświaty?

Prędzej czy później ten cybernekrobiznes opanują korporacje, a wtedy ich władza przyćmi potęgę wszystkich kapłanów, których święta ziemia nosiła. Wyznawcy będą garnąć się tłumnie, bo i wiary w tym kościele wielkiej nie będzie trzeba. Dowody na to, że istnieje „życie po śmierci”, staną się bowiem namacalne; w każdej chwili będzie je można wyświetlić na kieszonkowym ekranie. „Proszę, babcia śle pozdrowienia. Ma się świetnie, gra w golfa z lady Dianą i nie może się już na ciebie doczekać. Oferujemy korzystne raty”.

W proch się nie obrócisz

„Cyfrowy raj” nie będzie potrzebował misjonarzy i męczenników, którzy uwiarygodniliby ten nowy pomysł na wieczność. On napęcznieje w mgnieniu oka, bo szybko zasiedlą go nieprzebrane rzesze wyznawców. W styczniu 2018 roku internetu używały 4 miliardy ludzi – dwukrotnie więcej, niż było na świecie w 1930 r., czterokrotnie więcej, niż żyło w czasach napoleońskich, dziesięciokrotnie więcej, niż zamieszkiwało Ziemię w chwili, gdy Tatarzy zatknęli na włóczni głowę Henryka Pobożnego, i niemal 160 razy więcej, niż było ich w epoce Chrystusa.

Sieć będzie też pierwszym zaświatem, do którego wierni wejdą nie jako marny proch i pył, nadzy i bez dóbr doczesnych, lecz z przyzwoitym majątkiem.

Na początku 2014 roku specjalizująca się w programach zabezpieczających firma McAfee oszacowała, że średnia wartość cyfrowych aktywów (informacji) pozostawionych w internecie przez każdego użytkownika wynosi 35 tysięcy dolarów: osobiste wspomnienia to 17 tysięcy dolarów, prywatne dane – 6,4 tysiąca, informacje na temat kariery – prawie 4,4 tysiąca, a te o zainteresowaniach – 3,3 tysiąca, osobiste komunikaty – trochę ponad 2 tysiące, a pliki rozrywkowe 1,7 tysiąca.

Kim był ten program?

Tylko czy to nadal będziemy my? Ile wspólnego z tymi, którymi byliśmy za życia, w swoich naturalnych ciałach, będą miały wyemulowane z nas kreacje zasiedlające trzewia komputerów?

Ustalenia Shanyang Zhao, Sherri Grasmuck i Jason Martin, socjologów z Uniwersytetu Temple w Filadelfii, zdają się sugerować, że niewiele. W pracy „Identity Construction of Facebook” (Konstrukcja tożsamości Facebooka; 2008) dowiedli, że już profile użytkowników tego portalu znacznie różnią się od tego, jacy ci ludzie są w rzeczywistości. To raczej byty wymodelowane – tacy, jacy chcielibyśmy być, a nie tacy, jacy naprawdę jesteśmy.

Na portalach społecznościowych żyjemy życiem pożyczonym z naszych wyidealizowanych wyobrażeń o sobie samych. To my w „wypasionej” wersji de luxe, po głębokich retuszach psychologicznego photoshopa, a przy okazji bez przerwy oglądający się na profile innych, porównujący z nimi własny – i w razie potrzeby dalej poddający go przeróbkom.

Przenoszenie przez ludzi swoich świadomości do „wiecznego wirtualu” zmienia też coś jeszcze: dotychczas, by przetrwać w świadomości kogoś więcej niż najbliżsi i dłużej, niż potrwa życie tych, którzy cię znali, musiałeś wykazać się czymś istotnym: napisać książkę, wznieść okazałą budowlę, coś odkryć czy kogoś ocalić.

Wkrótce, by trwać w zbiorowej świadomości, i to dłużej, niż trwali najznamienitsi ludzie, nie trzeba będzie dokonać niczego.

Wirtualni nadumarli

Wiele wskazuje na to, że do wirtualnego raju wejdziemy nie tylko nieautentyczni i bez zasług. Stracimy w nim także osobność. W rzeczywistości bitów indywidualność przecież nie istnieje; wszystko może zostać powielone i rozmnożone. W swoich mniej czy bardziej wiernych pierwowzorowi z „analogowej rzeczywistości” cyfrowych kopiach będziemy mogli przeżywać różne wersje siebie we wszelkich możliwych konfiguracjach.

Dowiesz się więc tego wszystkiego, co chciałeś wiedzieć o swoim życiu, ale o co bałeś się zapytać. O ile starczy ci fantazji, odwagi (i przyzwoitości?), przeżyjesz je więc z mężem własnym (dla wytrwałych) i cudzymi, w skórze swojej czy sąsiada, na tym albo tamtym krańcu świata.

„W rzeczywistym świecie dwoje ludzi może dzielić się doświadczeniami i myślami – pisze Graziano. – Ale ponieważ nie mamy w swoich głowach portów USB, nie możemy bezpośrednio łączyć naszych umysłów. W symulowanym świecie ta bariera upada. Prosta aplikacja – i dwoje ludzi będzie w stanie bezpośrednio łączyć swe myśli. Czemu nie? To logiczna konsekwencja. My, ludzie, jesteśmy hiperspołeczni. Kochamy łączyć się w sieci. Już teraz żyjemy w na wpół wirtualnym świecie umysłów zlinkowanych z innymi umysłami”. Neurobiolog martwi się, że w tym sztucznym „życiu po życiu” nic nie powstrzyma nas już przed łączeniem potencjału kilku czy więcej umysłów-świadomości w nadumysły czy nadświadomości „wirtualnych nadumarłych”.

„Pojęcie oddzielnej tożsamości jest stracone – wieszczy Graziano. – Potrzeba posiadania symulowanego ciała spacerującego po symulowanym świecie jest stracona. Znika potrzeba symulowanej żywności i symulowanego krajobrazu. Zamiast tego pojawia się pojedyncza platforma myśli, wiedzy i trwałego spełnienia. (…) Potrzeba prawdziwego życia, naszego życia, kurczy się, aż stanie się rodzajem fazy larwalnej”.

Naprawdę chcesz takiej wieczności?

A może już lepiej normalnie umrzeć, póki się jeszcze da?


Artykuł, opublikowany w pierwotnej wersji 31 października 2014 r. na łamach „Gazety Wyborczej”, otrzymał nominację do nagrody Grand Press 2014 w kategorii Dziennikarstwo Specjalistyczne.

Zdjęcia w artykule:
  • Zdjęcie zajawka: Getty Images
  • Zdjęcie górne: Getty Images
  • Zdjęcia w tekście: Getty Images, Bewphoto
Drukuj ten artykuł Drukuj ten artykuł
Skip to content